… czyli jak wygląda poród męskim okiem.

Poród, czyli niewyobrażalny wysiłek, ból, strach. Niewyobrażalny napewno dla mnie, dla faceta. Ból podobno porównywalny do łamania 20 kości naraz lub do przeziębienia faceta (czy naprawdę aż tak źle jest z nami?). Jednak chyba ten ból należy do tych, o których szybko się zapomina bo za ten ból otrzymuje się najwspanialszą na świecie nagrodę.
 
Czy przed porodem należy przeczytać cały internet, wszystkie poradniki i zrobić wywiad środowiskowy wśród rodziny i znajomych czy lepiej 9 miesięcy żyć w niepewności i niewiedzy jak to wszystko bedzie wyglądało (pytanie czy w dzisiejszych czasach da się wogóle być obok tego wszystkiego)? Czy lepiej przygotować się a zarazem stresować czy lepiej na nic się nie nastawiać i iść na żywioł? W końcu, czy zapisać się do szkoły rodzenia czy nie warto bo poród przecież leży w naturze kobiety, więc każda sobie z tym poradzi?
 
Pytań jest wiele, ale ja na nie nie odpowiem. Jakie są oznaki, że poród się zbliża, jakie są fazy porodu, jak on przebiega i ile trwa, też nie powiem. Po pierwsze, nie jestem specjalistą, po drugie każdy poród jest inny a po trzecie, są dziesiątki, jak nie setki, stron i blogów, na których to wszystko jest opisane. Ja natomiast chciałem opisać jak to wyglądało u nas, nasze własne doświadczenia.
 
U nas miało być wszystko pięknie, krótko i bezboleśnie. Po pierwszym sygnale, że poród się zbliża miał być jeszcze czas na przygotowanie, umycie się, wypicie kawy itp. a odejście wód płodowych wcale nie miało wyglądać tak jak na filmach. Wszystko jednak potoczyło się zupełnie inaczej…
13 marca 2018 roku. Do planowego porodu został jeszcze miesiąc.
Dzień jak co dzień, czyli praca i dom. Ten dzień jednak pamiętam, mimo że to było ponad pół roku temu, jakby był wczoraj. Jako fan skoków narciarskich oglądałem wtedy wspaniały nokaut Kamila Stocha. Wtedy też dodałem na Instagrama zdjęcie z naszej małej domowej sesji ciążowej, z podpisem: “już niedługo razem”. Z perspektywy czasu śmiejemy się z tego jakiego Oluś nam zrobił wtedy psikusa, ale w marcu nie było nam wcale do śmiechu… 
 

Po pierwszym sygnale, że poród się zbliża miał być jeszcze czas na przygotowanie, umycie się, wypicie kawy itp. a odejście wód płodowych wcale nie miało wyglądać tak jak na filmach… A jednak. Tego dnia wieczorem akcja była właśnie filmowa. Zuza powiedziała, że Maluszek ją kopnął. To jednak nie było to. Po chwili wybiegła z sypialni do łazienki i woła mnie zapłakana, że wody jej odeszły i się zaczęło. Wody płodowe miały się przecież delikatnie sączyć a u nas cała łazienka była zalana i ciągle się lało. Szybko spakowałem Zuzę i Olusia i pojechaliśmy do szpitala – na szczęście był wieczór, więc szybko dotarliśmy na miejsce. Tam niestety, już na samym początku, pojawił się pierwszy problem i przeszkoda. Z racji roszczepu wargi Maluszka sugerowano nam poród w Instytucie Matki i Dziecka, gdzie już mieliśmy nawet umówioną położną. Tam zatem pojechaliśmy, gdy już się wszystko zaczęło. Na miejscu okazało się jednak, że nie ma dla nas miejsca… Ale jak to? Szanowny lekarz z Izby Przyjęć powiedział, że on nie ma miejsca i żebyśmy jechali szukać innego szpitala. Żeby było śmieszniej, nawet Zuzy nie zbadał. Ba, nawet na nią nie spojrzał. Na szczęście nasza położna miała dyżur, więc zadziałała, na tyle ile mogła. Lekarz dyżurujący kazał temu z Izby Przyjęć zbadać Zuzę i załatwili nam też miejsce w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym przy ul. Żwirki i Wigury. “Wspaniały” lekarz, który dostał pewnie reprymendę i po zbadaniu Zuzy zobaczył jak wygląda sytuacja, zaproponował nam nawet karetkę, ale pomyślałem, żeby teraz się cmoknął i szybciej tam dojadę samochodem. Na Żwirki i Wigury rzeczywiście już wszystko było przygotowane, więc po przybyciu na miejsce Zuza została zbadana i przewieziona na porodówkę, gdzie ją okablowali. Noc minęła a rano o 7:00 przyszła na zmianę położna, która powiedziała, że na jej dyżurze wszystko się zakończy. Zuza dostała oxytocynę na wywołanie skurczów i rzeczywiście po chwili się one pojawiły a przed 11:00 dostała też znieczulenie. Jakoś przed 13:00 wszystko się zaczęło, tzn. już ta ostateczna walka. Odtąt cały czas były z nami dwie położne. Próbowaliśmy ze wszystkimi pozycjami, na boku, na plecach, na kucaka, na łokciach… Oluś niestety był bardzo uparty a czas leciał. Na szczęście tętno Maluszka było cały czas wysokie. Tu pojawił się jednak drugi problem. Trafiliśmy niestety na lekarza, którego bardziej nazwać można dupą a nie lekarzem. Zuza już opadała z sił a ja patrzyłem jak cierpi, nie mogąc jej w żaden sposób pomóc, poza trzymaniem za rękę, głaskaniem po głowie i podawaniem wody. Nasz lekarz natomiast tylko co jakiś czas przychodził patrzył na zegarek, pytał jak sytuacja, kazał próbować dalej i wychodził. Mijały kolejne kwadranse, mijały godziny a człowiek uważający się za lekarza dalej chodził i zastanawial się co robić. Było już po godzinie 15:00, Zuza mówiła, że już nie ma więcej sił i nie da rady a ten nie potrafił podjąć żadnej decyzji. W końcu, jedyne na co go było stać, zadzwonił po innego lekarza. Do sali wszedł starszy i doświadczony lekarz (wyglądający na jakiegoś profesora), który kazał podać tlen i zadecydował poród kleszczowy. Wykonuje się go obecnie przy ok. 5 % ciąż. U nas to już była jednak jedyna opcja. Przez dupowatość pierwszego lekarza, na cesarkę nie było już opcji, poród był już za bardzo zaawansowany a główka Maluszka za blisko wyjścia. Starszy lekarz, bardzo przyjemny, wiedział, że Zuza cierpi, więc próbował jej dodać otuchy. W momencie decyzji o kleszczach prosił, żebym wyszedł z sali. To było najgorsze. Stałem na zewnątrz, nawet nie mogąc wspierać jej swoją obecnością. Jeszcze gorsze było to, jak słyszałem jej krzyk. To był krzyk bólu i rozpaczy, jakby ktoś ją rozrywał. Straszne przeżycie. W końcu przestałem słyszeć Zuzę a usłyszałem szloch Małego Człowieka. To natomiast już było piękne. W końcu Zuza przestała cierpieć i Oluś już był tam z nią. Napięcie opadło i poleciały pierwsze łzy szczęścia. Teraz kolejne wyczekiwanie i chwila prawdy. Czy Maluszek ma rozszczep tylko wargi czy również podniebienia, bo wcześniej nikt nie mógł tego stwierdzić na 100%. Położna pozwoliła mi wejść na salę, Maluszek był przy swojej mamusi. Cały siny od tej walki o przetrwanie i tak długiego czasu. Siny i poraniony od wyciągania kleszczami. Siny i poraniony, ale… okazało się, że rozszczepik jest tylko wargi, podniebienie jest piękne, głębokie i gładkie, więc kamień z serca. Tak się zakończyła akcja poród. Nie pozostało to jednak bez echa. Później położne wiedząc, że nasz poród był bardzo ciężki i skomplikowany, były bardziej przychylne i empatyczne. Nawet lekarz, który odebrał poród, osobiście był się zapytać o zdrowie. Dla mnie Zuza jest bohaterką, jestem z niej bardzo dumny i bardzo jej dziękuję, że dała radę i jesteśmy już w trójkę.

Od porodu trochę czasu już minęło. Aleksander ma już prawie 7 miesięcy. Rośnie w zdrowiu, prawidłowo się rozwija i czeka na listopadową operację roszczepu. 
Co do samego porodu. Było bardzo ciężko, był ból, strach i niepewność. Mimo, że skutki kleszczy Zuza odczuwała jeszcze przez długi czas a Oluś do dzisiaj ma po nich ślad, po tych 7 miesiącach już nie myślimy o tych przeżyciach. No bo jak wracać do tego bólu jak Oluś cały czas się do nas uśmiecha i zasuwa po całym mieszkaniu. 
A kleszcze? Tak naprawdę, przez tego pierwszego lekarza, one nas uratowały. Zdecydowana większość kobiet dziwiła się później, że w tych czasach jeszcze się stosuje tę metodę. Po tym czasie, który minął, jesteśmy bogatsi o doświadczenia i zdecydowani na drugie dziecko w przyszłości.

 

***

 

Rate this post