Ciąg dalszy wpisu o Aleksandrze i jego, mimo wszystko cudownego, rozszczepiku.

Początkowo zaplanowałem sobie dwie części tematu rozszczepu. Pierwsza część miała być od momentu, w którym dowiedzieliśmy się o tej wadzie, do momentu wyboru szpitala, gdzie przeprowadzona zostanie operacja. Druga część natomiast miała dotyczyć operacji i tego co potem. Pierwszą część udało mi się zrealizować tak jak to sobie zaplanowałem, jednak druga będzie wyglądać inaczej. Na prośbę czytelniczki, która do mnie napisała, druga część zostanie podzielona. Druga cześć, czyli ta dzisiejsza, zostanie całkowicie poświęcona operacji a trzecia podsumowująca część powstanie za jakiś czas, jak Aleksander dojdzie do siebie.
 

Aleksander w szpitalu

Pierwszą część (którą wciąż możesz przeczytać TUTAJ) zakończyliśmy w momencie wybrania szpitala oraz otrzymania terminu, w którym Aleksander straci swój zalotny a zyska nowy uśmiech. 11 listopada mieliśmy zostać przyjęci na oddział w Instytucie Matki i Dziecka. Dzień wcześniej jeszcze zrobiłem mały fotoreportaż z ostatniego dnia w domu (zapraszam tutaj). Na pamiątkę, bo jak pisałem ostatnio, będę tęsknił za jego uśmiechem. Wracając jednak do szpitala, w IMiD zjawiliśmy się terminowo, 11 listopada ok. godziny 11:00. W sumie opisałem już cały dzień. W dniu przyjęcia, do wieczora bawił się i psocił. Ostatni posiłek mógł zjeść o 5 rano następnego dnia, czyli w dzień operacji. 12 listopada miała się odbyć operacja. Od samego rana już było to oczekiwanie i chęci, żebyśmy poszli jak najszybciej i żeby to już było za nami. O 5:00 zjadł jeszcze mleczko, ostatnie przed operacją. Rano musiał też być wykąpany, mimo że miał mieć zszywaną tylko wargę. Przed 8:00 Aleksander został zawołany (dosłownie, przez cały korytarz rozległo się tylko “Aleksander z piątki”) na wkłucie. Wziąłem zatem obywatela i poszliśmy a Oli jeszcze był uśmiechnięty, ale do czasu. Jak go kładłem pod lampą to coś przeczuwał, że tata nie wziął go na spacer i coś jest nie halo. Zaraz po tym, jak tylko poczuł wbijaną igłę wenflonu w żyłę swojej malutkiej stopki, zaczął szlochać i krzyczeć. Wyrodny ojciec, nie dość, że go zaprowadził na te tortury to jeszcze go trzymał, żeby się nie wyrwał. Chciałem wtedy krzyknąć “zostawcie mojego syna, mnie weźcie, on jest niewinny”, a poza tym ja lubię taki ból (no a jakże) a Oli był taki bezbronny. Po wszystkim wróciliśmy na salę, gdzie Oli zasnął a po jakimś czasie przyszła pielęgniarka i podłączyła kroplówkę z glukozą. Po 10:00 przyszła pora na nas. Pod jedną rękę złapałem Aleksandra, w drugą wziałem kroplówkę i poszliśmy. Oli pewnie myślał, że idzie z tatą na spacer bo taki był radosny. Przed blokiem operacyjnym po pacjenta wyszły dwie niebieskie “ciocie”, które Oli przywitał swoim zalotnym uśmiechem, po czym położyłem go na tym transportowym pojeździe i pojechali. Kazały czekać w świetlicy, drzwi się zamknęły i zostałem sam. Wyrodny ojciec drugi raz zaniósł dzisiaj synka na cierpienie a po wszystkim kogo pierwszego zobaczy? Oczywiście kochaną mamusię (buziaki Skarbie). Ok, ale drzwi od bloku operacyjnego się zamknęły a ja poszedłem na wspomnianą świetlicę. Razem z Zuzą czekaliśmy a czas płynął bardzo powoli. 20 minut, 40 minut, godzina, kolejne spojrzenie na zegarek i… godzina piętnaście… W końcu minęły 2 godziny a po 5 minutach wołanie z oddali: “Dobrzański!”. Jako że na sali poporodowej może przebywać tylko jeden rodzic to najpierw poszła Zuza. Wiadomo, najpierw trzeba zobaczyć kochaną mamusię a nie wyrodnego ojca, który zaprowadził Olusia na to cierpienie. Operacja oczywiście przebiegła pomyślnie, wszystko się udało, warga została zszyta. Widok nie był jednak przyjemny. Buźka cała zakrwawiona, plasterek z opatrunkiem założony na szwy. Najważniejsze wtedy było, że już ma wszystko za sobą i mógł spokojnie sobie spać. Aleksander na blok operacyjny wjechał o 10:20 a 12:25 wołali, że już po wszystkim. Około godziny 18 dostał mleczko z butelki. Było to dla niego coś nowego bo zawsze smoczek gdzieś tam mu się układał w dziurce a tutaj kuku, dziurki nie ma. Ale jak się przyzwyczaił to zaczął wcinać jak gdyby nigdy nic. Po 19:00 Zuza z Maluchem przeszli znowu na salę przedoperacyjną, gdzie spędzili nockę. A rano? Rano obchód, lekarz zabrał kartę małego pacjenta, żeby przygotować wypis. Wspaniale! Liczyłem, że dzisiaj wyjdą, ale się ucieszyłem jakby to była nowa wiadomość. Pusto tak jakoś w domu bez tego Psotnika. Przed opuszczeniem szpitala trzeba było jednak coś jeszcze zrobić. Przecież w nóżce cały czas był wenflon. O rany, znowu będzie płakał. Jak myślicie, kto poszedł z Olim do zabiegowego? Zgadza się! Wenflon wenflonem, ale najpierw jeszcz trzeba było zmienić plasterek pod noskiem. Akcja jak na gestapo. Aleksander leżał na czymś stolikopodobnym a nad nim ostrym światłem dawała mu po oczętach lampa przesłuchań. Jedna pielęgniarka trzymała leżącemu wyprostowane za głową rączki, mnie kazały trzymać nóżki. Druga pielęgniarka wzięła się za to co potrafi najlepiej – szybkim i zdecydowanym szarpnięciem zerwała plasterek po czym zaczęła majstrować przy wenflonie. Oli płakał strasznie, ale wytrzymał. Wiedział, że wraca do domu…
Jeśli komuś nie chciało się czytać, to tak w skrócie. Dzień przed operacją Aleksander został przyjęty na oddział. Na drugi dzień rano dostał glukozę i czekał na swoją kolej. Sama operacja trwała dwie godziny. Po operacji trafił na salę pooperacyjną, gdzie po kilku godzinach można było go już karmić, a wieczorem wrócił na salę przedoperacyjną, gdzie już został do końca. Kolejnego dnia wypis i można było wracać do domu.
 
Ważna informacja. Jeśli ktoś z Was będzie musiał być z niemowlakiem w IMiD a Twoje dziecko jest na mleku modyfikowanym to musicie mieć je we własnym zakresie. Szpital gwarantuje posiłki, ale tylko starszym dzieciom.
 

O szpitalu

Instytut Matki i Dziecka jest jednostką naukowo-badawczą. Posiada 60-letnią tradycję i znaczący dorobek znany w kraju i na forum międzynarodowym. Został powołany uchwałą Rady Ministrów w 1951 r. i od tego czasu nieprzerwanie uczestniczy w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych i społecznych matek, dzieci i młodzieży.
http://www.imid.med.pl/pl/o-instytucie/dzialalnosc)
 
W jego skład wchodzi siedem klinik i 14 zakładów. Rocznie jego poradnie specjalistyczne przyjmują ponad 100 tys. pacjentów, zaś leczeniu szpitalnemu poddawanych jest 14 tys. dzieci.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Instytut_Matki_i_Dziecka)
 

Moja opinia

Placówka powstała w 1948 roku i obecnie wygląda jakby zatrzymał się czas. W skład Instytutu wchodzi 7 klinik i 14 zakładów, tak więc jest to duży szpital. Wiadomo, że nie od razu Kraków zbudowano. IMiD jest zatem cały czas remontowany małymi kroczkami. Takie remonty szpitala pochłaniają ogromny budżet a w przypadku IMiD są inne priorytety niż wygląd. Mimo swojego stanu szpital ten ma najnowocześniejszy sprzęt i najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie. To mi wystarcza. Od osób, które w Instytucie są już stałymi bywalcami usłyszeliśmy, że w porównaniu do kilku lat wstecz to teraz jest luksus. Jeszcze jakiś czas temu to była ponoć ruina. Remont kliniki chirurgii, tam gdzie leżeliśmy, dopiero się ma rozpocząć. W tej chwili standardy europejskie to nie są. Odrapane ściany na korytarzach to pikuś. Sale są niby dwuosobowe, ale są to małe pomieszczonka, w których są dwa łóżka, dwa stoliki, jedno krzesło i jedno coś do siedzenio-spania, które wygląda jak ułożone na sobie szkolne materace. można to rozłożyć sobie do spania, ale jest tylko jedno takie. Druga osoba ma do wyboru albo krzesło albo materac, który można dostać. Łożka dla niemowlaków lepsze nie są. Stare metalowe łóżka, które widywałem w filmach o II wojnie światowej. Strach, żeby w takim dziecko nie zrobiło sobie krzywdy. My byliśmy w szpialu w ciepłym listopadzie, ale osoby, które były już wcześniej zimą wspominały, że nie problem nabawić się conajmniej przeziębienia, takie są nieszczelności a w pokojach z tarasem wisi kartka, że z powodu złego stanu technicznego i niebezpieczeństwa jest zakaz wychodzenia na taras. Łazienka? jest, owszem, ale jedna i trzeba wyjść z oddziału. Jedna łazienka dla pacjentów z oddziału przedoperacyjnego, pooperacyjnego i dla osób czekających na przyjęcie. Co najśmieszniejsze w tej łazience nie ma zamka a jedynie plakietka “wolne/zajęte”.
 
Jednak dla nas cała ta otoczka nie miała najmniejszego znaczenia, to tylko chwilowa niedogodność. Najważniejsze, że w Instytucie Matki i Dziecka pracują najlepsi specjaliści. Wiadomo, że jak oni się zabiorę za robotę to będzie wszystko wykonane perfekcyjnie. Co z tego, że w Szpitalu Klinicznym, gdzie rodziliśmy, były wspaniałe warunki, niczym z katalogu lub filmu jeśli lekarz prowadzący nie potrafił podjąć żadnej decyzji… W Instytucie Matki i Dziecka Aleksandrem zajął się lek. Orest Szczygielski. Wspaniały, miły i kontaktowy człowiek a jeszcze lepszy specjalista i profesjonalista. Wykonał swoją robotę świetnie. Bardzo mu jesteśmy wdzięczni za operację jak i podejście do nas.
 

Foto







 
PS Jeśli ktoś będzie miał jakieś pytania odnośnie rozszczepu, naszych doświadczeń lub szpitala i operacji to serdecznie zapraszam do kontaktu.
 

***

 
 

Rate this post